Portal psychologiczny: Instytut Psychologii Zdrowia
Czytelnia

Wyrok czy diagnoza? czyli jak traktować sprawcę przemocy domowej

Wojciech Kruczyński

Rok: 2005
Czasopismo: Niebieska Linia
Numer: 5


Możliwość udzielania pomocy psychologicznej osobom stosującym przemoc wciąż jest obiektem wątpliwości i nieporozumień. Czy przemoc to choroba? Czy mamy "to" leczyć, czy karać? A jeśli leczyć, to w jaki sposób: przystosowując sprawcę do oczekiwań społeczeństwa metodami psychologicznymi, czy ułatwić mu wgląd w siebie, by dać większą możliwość wyboru strategii działania?

Nie mam nadziei, że znajdę w tym artykule ostateczną odpowiedź na powyższe pytania, choćby dlatego, że na sprawcę przemocy patrzymy jako społeczeństwo z wielu perspektyw, które często wydają się wykluczać. Inaczej podejdzie do sprawy prawnik, inaczej ksiądz, psycholog społeczny poróżni się w tym względzie z psychoterapeutą, a polityk uzależni swój punkt widzenia od nastroju wyborców. Każda z tych osób specyficznie wpływa na uogólnione, społeczne zdanie w tej sprawie i ta demokratyczna "prawda" jest z kolei podstawą do decyzji moralnych, regulacji prawnych i psychologicznych metod oddziaływania na sprawców przemocy domowej. Nasz punkt widzenia w tej sprawie nie jest więc kopią wzorca postawy wobec sprawcy znajdującego się w Sevres pod Paryżem, ale porcją informacji krążącą w skomplikowanej sieci stosunków społecznych i podlegającą nieustannym, dynamicznym korektom. Ta porcja informacji, kształtująca nasz punkt widzenia, zawiera zarówno fakty i poparte nimi wnioski lub teorie naukowe, jak i naciski różnych grup zawodowych, propagandę oraz zwykłe mity i przesądy.

Moim zadaniem nie jest więc promowanie obowiązującego podejścia w psychologicznej pracy ze sprawcą przemocy domowej, ale uzupełnienie tkwiącej w naszych głowach informacji na temat możliwych metod oddziaływania i ich skutków. Im więcej takiej pragmatycznej wiedzy, tym większa szansa, że interdyscyplinarne wysiłki osób związanych z tą problematyką będą lepiej skoordynowane i bardziej skuteczne.

Karać, korygować czy leczyć?
Każda osoba, chcąca pracować ze sprawcą przemocy, prędzej czy później stanie przed ważnymi pytaniami o naturze wychodzącej poza zagadnienia stricte psychologiczne. Czym jest dla mnie przemoc, którą mój klient stosuje? Złem, które trzeba wyplenić? Chorobą, którą trzeba wyleczyć? Przestępstwem, które trzeba ukarać? Zagrożeniem, które trzeba okiełznać? Czy może objawem wewnętrznych trudności, z którymi klient radzi sobie w jedyny znany mu sposób, dodatkowo legalizowany przez patriarchalne środowisko, w którym żyje? Wyrazem którego z tych przekonań jest mój sposób pracy ze sprawcą przemocy? Co jest moim celem: ukaranie sprawcy?, założenie mu psychologicznego kagańca?, bezpieczeństwo ofiary przemocy?, zaproponowanie sprawcy nowych strategii radzenia sobie z jego emocjonalnymi trudnościami?, postawienie go w sytuacji, gdzie przemoc zaczyna być świadomym wyborem a nie bezmyślnym automatyzmem?

Fakt, że jestem psychologiem, nie oznacza, że w pracy ze sprawcą w jednej chwili przestaję być sędzią, stróżem moralności lub policjantem. Moje wewnętrzne, często niewyrażone, przekonania rzutują na mój sposób pracy, a cele wyrażone w zaakceptowanym przez sponsora programie niekoniecznie są głównymi lub jedynymi, które staram się w tej pracy zrealizować. Jest tajemnicą poliszynela, że do psychoterapii często garną się osoby, które same mają trudności we własnym życiu emocjonalnym. Czasem to pomaga, czasem bardzo przeszkadza.

Jeśli sam w przeszłości byłem świadkiem lub ofiarą przemocy, mogę kierować się w pracy ukrytą urazą i dokonywać na kliencie odwetu w psychologicznych rękawiczkach, zawsze mając pod ręką wytłumaczenie: "No cóż, musi Pan/Pani zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów". Może być też inaczej: jeśli np. doświadczyłem przemocy od ojca, co jest często jednoznaczne z utratą wszelkich korzyści, jakie płyną z bliskiej relacji z postacią ojcowską, to w pracy ze sprawcą mogę poszukiwać możliwości wybaczenia klientowi i odzyskania w ten sposób bliskiego kontaktu z agresywnym mężczyzną, występującym tu niejako "w zastępstwie" utraconego ojca. Inną nieświadomą motywacją do pracy ze sprawcą przemocy może być poszukiwanie jednoznacznie "złych" osób w moim otoczeniu i przebywanie obok nich po to, by mieć stały punkt odniesienia do oceny własnej osoby - która to ocena w tych warunkach z pewnością będzie pozytywna. Skoro stoję po przeciwnej stronie barykady, z pewnością należę do "zdrowej" części społeczeństwa. To tylko trzy przykłady realizacji ukrytych, osobistych celów psychologicznych w pracy ze sprawcą przemocy - jest ich o wiele więcej, a ich wspólnym mianownikiem jest niemożność osiągnięcia założonego wcześniej celu, czyli zmniejszenia natężenia przemocy w relacjach klienta z bliskimi. W przytoczonych sytuacjach jest wielce prawdopodobne, że natężenie tej przemocy wzrośnie.

Można więc powiedzieć, że pomiędzy jasno wyrażonymi stanowiskami "karać" i "leczyć" istnieje wielka "szara strefa", gdzie obraz pracy ze sprawcami staje się niewyraźny, a wyniki badań nad programami terapeutycznymi są niejednoznaczne lub całkiem sprzeczne. Opinia publiczna zaczyna więc dryfować w kierunku stanowiska "karać", skoro wyleczyć nie można albo bardzo trudno. W tej chwili jednak zarówno polscy sędziowie, jak i psychologowie zdają sobie coraz częściej sprawę, że bez ścisłej współpracy w tej kwestii sytuacja może się tylko pogorszyć. Spolaryzowanie stanowisk "karać" i "leczyć" może spowodować z jednej strony bezradność sądu wobec skali zjawiska przemocy domowej, a z drugiej angażowanie się psychologów w nieskuteczne programy terapeutyczne, a w skrajnych sytuacjach narażanie się na zarzut poplecznictwa. Współpraca jest więc niezbędna.

Jedna z trudności, która powstaje przy próbach porozumienia stron, to fakt, że "leczenie" i "karanie" to dwa sposoby postępowania ze sprawcą przemocy, które w rozumieniu prawa wzajemnie się wyłączają. Nie można karać kogoś, kto dopuścił się czynu karalnego w wyniku choroby. Nie można leczyć kogoś, kto dopuścił się przestępstwa, bo to podważa zasadność orzekania wyroku. Dlatego obie strony dokonują językowych łamańców, by tego, co dzieje się na grupach dla sprawców nie nazywać terapią. Powstają więc programy "edukacyjne" czy "korekcyjne", co z jednej strony pozwala po cichu stosować wobec klientów niezbędne techniki terapeutyczne, ale z drugiej kształtuje opinię zainteresowanych środowisk w takim kierunku, że sprawcy niepotrzebna jest psychoterapia, tylko coś w rodzaju siedzenia w kozie po lekcjach i przepisywania umoralniających sentencji.

Jeśli zgadzamy się co do tego, że trzeba stosować wobec sprawcy wszelkie metody, które w sposób względnie trwały zmniejszą lub zniwelują stosowaną przez niego przemoc, to opisana powyżej sytuacja zagradza nam drogę do korzyści z takiego pragmatycznego podejścia. Jeśli zgodzimy się tylko na edukację i korekcję sprawców, to odbierzemy sobie cały arsenał skutecznych, sprawdzonych i stosowanych od dawna w psychoterapii strategii.

Kim jest sprawca przemocy?
Nie ulega wątpliwości, że sprawca sprawcy nierówny. Nie każda przemoc jest objawem wewnętrznych zaburzeń, które można złagodzić psychoterapią. Do gabinetu psychologa może trafić osoba, która po zasądzonym wyroku nigdy więcej nie użyje przemocy wobec bliskich, bo wie, że jej się to zwyczajnie nie opłaca. Warunkiem odstąpienia od wykonania kary jest jednak udział w programie korekcyjnym dla sprawców przemocy. Co miałby korygować program w tym wypadku, trudno powiedzieć. Do programu może trafić sprawca z nieprawidłową osobowością, na którego żadne oddziaływania edukacyjne ani terapeutyczne nie wpłyną. Klientem może stać się osoba, która zwyczajnie nie nauczyła się rozładowywać napięcia w inny sposób niż przez przemoc (lub nie widziała takiej potrzeby) i ten typ sprawcy ma prawdopodobnie największą szansę skorzystania z programu psychoedukacyjnego. Do psychologa może też przyjść osoba, która kompulsywnie stosuje przemoc wobec bliskich i jest tym faktem przerażona oraz osoba w kryzysie, od której właśnie odchodzi partner ze względu na stosowaną wobec niego przemoc. Każdy z wymienionych typów sprawców może znajdować się w różnych fazach śledztwa lub postępowania sądowego - może być zachęcany do kontaktu z psychologiem przez kuratora rodzinnego albo dobrowolnie zgodzić się na udział w programie dla sprawców, aby uniknąć pozbawienia wolności. Pojawia się więc mnóstwo konstelacji czynników wewnętrznych i zewnętrznych, wynikających z nich motywacji i możliwości oddziaływań. Jeśli jednak psycholog współpracujący z sądem podciągnie każdego klienta pod uogólnioną kategorię "sprawcy, którego trzeba skorygować", w większości wypadków może uzyskać skutek przeciwny do zamierzonego. Wydaje się więc oczywiste, że sądowa decyzja o objęciu sprawcy jakimkolwiek rodzajem oddziaływania psychologicznego powinna być poprzedzona wydaniem opinii psychologicznej przez eksperta powołanego przez sąd.

Leczyć - kogo?
Jak już pisałem, nie zamierzam udowadniać przewagi jednego podejścia terapeutycznego nad drugim. Jestem zdania, że sposób prowadzenia psychoterapii musi być dostosowany zarówno do problemu klienta, jak i do osobowości i możliwości terapeuty. Myślę, że moje doświadczenie w psychoterapii osób stosujących przemoc może uzupełnić spektrum możliwości w tej sferze.

Dwa wymienione typy sprawców - przerażony i w kryzysie - które zresztą często się ze sobą łączą, mają realną szansę na skorzystanie z psychoterapii. Posiadają własną, wewnętrzną motywację do zmiany. Najczęściej pojawiają się w gabinecie psychologa z własnej inicjatywy. Oczywiście, wymagają precyzyjnej diagnozy i (w razie zakwalifikowania do terapii) podejścia terapeuty nie uwarunkowanego osobistymi przekonaniami na temat osób stosujących przemoc, ani nieświadomymi tendencjami, o których pisałem wyżej.

Jako przykład podstawy do diagnozy funkcjonalnej tego rodzaju klientów może służyć klasyfikacja Ericha Fromma dotycząca więzi symbiotycznej. Według Fromma istnieją dwa podtypy takiej więzi: bierna i czynna. Pierwsza z nich charakteryzuje osobowości symbiotyczne, dążące do połączenia z drugą osobą przez zależność i podporządkowanie, druga realizuje się poprzez dominację, panowanie nad drugą osobą i wymaganie od niej absolutnego posłuszeństwa. Zamiast naukowej etiologii tego rodzaju zaburzenia osobowości przytoczę porównanie, które bardzo często trafia do przekonania moim klientkom doznającym długotrwałej przemocy ze strony partnera. "Wyobraź sobie dwu-, trzyletnie dziecko, na które rodzice przestali zwracać uwagę. Najpierw będzie zdezorientowane, potem wystraszone, zacznie płakać. Jednak rodzice nadal je ignorują. Staje się głodne i wściekłe - zaczyna wrzeszczeć i niszczyć w złości swoje zabawki lub domowe sprzęty. W końcu ten wybuch agresji zwraca uwagę rodziców. To wyraźna wskazówka, jak wymusić na rodzicach coś, czego dziecko potrzebuje. Większość z nas była świadkiem takiej sceny na ulicy, w sklepie czy w pociągu. Od tej pory, gdy dziecko odczuwa trudną do zniesienia frustrację, kieruje agresję przeciwko najbliższej osobie. A teraz wyobraź sobie, że to dziecko ma trzydzieści lat, potężne bicepsy i waży ponad osiemdziesiąt kilo. Do czego może być zdolne, jeśli nie dostanie tego, czego akurat chce?" Wiele klientek mówi w tym momencie: "Tak, to zupełnie jak mój mąż".

Klient, który realizuje ten rodzaj symbiotycznej, dominującej więzi w swym związku, wybiera zwykle na ofiarę osobę zależną, niezaradną, o niskiej samoocenie i przy pomocy szeregu strategii opisanych w literaturze na temat przemocy domowej wyolbrzymia u niej te cechy, by móc na stałe ją do siebie przywiązać. Szczególnie w fazie narastania napięcia widać, jak sprawca coraz gorzej znosi frustrację wynikającą z faktu, że partnerka nie jest w stanie przeniknąć jego myśli i totalnie dostosować swego zachowania do jego potrzeb. Wybuch agresji jest nieunikniony, ponieważ emocjonalnej pustki, powstałej w wyniku braku empatii ze strony rodziców, nikt nie jest w stanie zapełnić. Każda, nawet najmniejsza frustracja jest dowodem na brak symbiozy, budzi lęk i przerażenie. Wtedy nawet szklanka postawiona na półce o pół centymetra za bardzo w lewo, jest pretekstem do wyładowania agresji poprzez przemoc, dzięki której można kontrolować drugą osobę w sposób natychmiastowy, zyskując krótkotrwałe złudzenie zjednoczenia. Trudno się dziwić, że gdy bita kobieta znajdzie w sobie tyle siły, by odejść, jej były partner wpada w panikę i w krótkim czasie stawia się w gabinecie psychologa w stanie kryzysu, często po nieudanej próbie samobójczej. Został pozbawiony jedynej strategii zapełniania swej wewnętrznej pustki. Nie ma żadnego pomysłu na dalsze życie. Czuje tylko strach i obezwładniającą samotność. Właśnie dowiedział się, że to on jest zależny od partnerki, nie na odwrót. Jeśli nie uzyska psychologicznej pomocy, najprawdopodobniej niedługo albo zacznie nękać swą byłą partnerkę, albo znajdzie sobie kolejną ofiarę, z którą odegra dokładnie ten sam scenariusz. Nie znam programu edukacyjnego, który mógłby wyleczyć zaburzenia osobowości. Jeśli terapeuta podejmie skuteczną psychoterapię, to tym samym ochroni przyszłe partnerki swego klienta, nie mówiąc już o korzyściach samego klienta. Myślę, że gra jest warta świeczki - i to z różnych, pozornie sprzecznych, punktów widzenia, o których była mowa na początku.

Oczywiście nie namawiam, żeby wysyłać sprawców przemocy na psychoterapię, zamiast do więzienia. Gdyby pójść za psychologią i uznać, że wszelkie nasze działania są zdeterminowane wcześniejszymi wydarzeniami z naszego życia, musielibyśmy objąć "leczeniem" także złodziei, bandytów i resztę przestępców. Gdzieś trzeba postawić granicę. Jednostki działające na szkodę społeczeństwa, muszą ponosić odpowiedzialność, jednak z mojej perspektywy nie ma rozdźwięku między "leczeniem" a "karaniem". Dla moich klientów "wyzdrowienie" jest często jednoznaczne z gotowością przyjęcia odpowiedzialności i odpokutowania za swoje winy. Trzeba też pamiętać, że medialne kampanie nagłaśniające problem przemocy domowej, wywołują coraz żywszy odzew wśród maltretowanych kobiet, które chcą oderwać się od swego prześladowcy. Z powyższych rozważań wynika, że ich byli partnerzy będą szukać psychologicznej pomocy. Czy ją znajdą?