Portal psychologiczny: Instytut Psychologii Zdrowia
Czytelnia

Co można zrobić w terapii podstawowej?

Józef Spisacki

Rok: 2002
Czasopismo: Świat Problemów
Numer: 2

Picie alkoholu nie jest zaliczane do bezpośrednich czynników wywołujących przemoc, jednak jego rola jest ogromna w eskalacji przemocy oraz traceniu zdolności do jej dostrzegania. Powrót po terapii do rodziny, w której wcześniej dochodziło do aktów przemocy, to kontynuacja życia w chorym systemie, koncentrującym się na osobie używającej, przystosowanym do jej zachowań i reakcji. Co ma w głowie na temat przemocy domowej przeciętny pacjent oddziału odwykowego?
Pewnie tylko to, czy bije swoją żonę słusznie, czy też zdarza się mu uderzyć ją bez racji. Czy dokonuje aktów agresji lub milczących prowokacji po spożyciu alkoholu? Jeśli tak, to może poczuć się trochę sprawcą. Ale nie poczuje się nim na pewno, jeśli ma tylko nieugiętą postawę, stanowczo trzyma się zasad i bezwzględnie decyduje za całą rodzinę w poczuciu własnej racji. Nie poczuje się też sprawcą przemocy, kiedy będzie surowo wychowywał własne dzieci, odmawiając im czasem możliwości zakomunikowania ich potrzeb. Ironicznie spojrzy na terapeutę mówiącego, że zaniedbanie potrzeb miłości i bliskości dzieci lub żony mieści się w definicji "przemocy w rodzinie".
Co wiedzą o przemocy domowej członkowie jego rodziny, poza mglistymi podejrzeniami, że tak, jak jest, być nie powinno, że nie tak by chcieli? Jeżeli w czasie terapii podstawowej osoba leczona nie zostanie skonfrontowana ze skutkami swoich zachowań, mających cechy przemocy, to będzie je nadal stosować w przeświadczeniu, że wszystko jest w najlepszym porządku. Będzie tylko dokładać starań, żeby utrzymać abstynencję, i jeśli te starania będą skuteczne, będzie oczekiwać pozytywnej reakcji swoich najbliższych.
Jeżeli do tej pory alkohol spełniał rolę wyzwalacza lub - co się rzadziej zdarza - hamował zachowania agresywne, to obecnie takim katalizatorem może być powrót do istniejącej przed piciem potrzeby, na przykład wnikliwej kontroli gospodarki finansowej rodziny albo zaostrzenia regulaminu domowego. Coś musi regulować nastroje abstynenta, wyzwalając lub tłumiąc agresję. I jedno, i drugie prowadzi w efekcie do budowania wielkiego napięcia w systemie rodzinnym.
Rodzina wprawdzie będzie oczekiwała poprawy współżycia na wszystkich płaszczyznach, bo przecież "jak nie pił, to był do rany przyłóż", ale przemoc niepijącego, jeśli choć trochę osłabnie, będzie oznaczała pozorną poprawę. To oczywiście nie wpłynie znacząco na zmianę w funkcjonowaniu rodziny, nie poprawi jej obrazu, będzie nadal nieuświadomioną zadrą powodującą wiele konfliktów. Wyraźniej widoczne będzie jednak zaprzestanie picia. Paradoks - ale to właśnie brak picia będzie w tej rodzinie powodował największe napięcia. To proste: czegoś tej rodzinie ubędzie. Czegoś, do czego przez lata była przyzwyczajana.
Ubędzie? Tak, kogoś, kogo można było obwiniać za niepowodzenia rodziny. Ale zarazem kogoś, kim można było się opiekować, pogardzać, kogo można było pouczać. Przybędzie natomiast ktoś, kto z rozregulowanymi emocjami zacznie dopominać się o przywrócenie mu jego rodzinnych ról. Oczywiście tych, które pozwolą kontrolować rodzinę, a nie tych związanych z odpowiedzialnością.
W swojej książce "Rodzina wobec uzależnień" (PARPA, Warszawa 1993) Zbigniew B. Gaś podkreśla znaczenie tego etapu w życiu rodziny jako najtrudniejszego, rodzącego największe napięcia i frustracje, charakteryzującego się dużą liczbą trwałych rozstań. Autor mówi o rodzinie jako o chorym systemie, który przez lata przyzwyczajany był do obecności alkoholu, jak organizm Lukrecji Borgii do trucizny. Dlatego gdy zostaje zubożony o środek odurzający, zaczyna chwiać się i rozpadać, a w jego strukturze tworzy się paradoksalna pustka.
Co można zrobić w sprawie przemocy domowej w czasie terapii podstawowej? Niewiele. Właściwie poza psychoedukacją i próbą konfrontacji na płaszczyźnie prawnej - nic więcej. W tej fazie powrotu do zdrowia udział w przemocy domowej nie może zostać uświadomiony alkoholikowi przez normy etyczne, nie należy też oczekiwać na konfrontację dokonaną w sumieniu, bo najczęściej jeszcze nie ma takiego wglądu. A więc - skoro nie ma innych możliwości - można eliminować z życia rodzinnego najbardziej dotkliwe przejawy przemocy bez głębszego poszukiwania jej przyczyn w zaniżonym poczuciu własnej wartości, niezdefiniowanych oczekiwaniach od życia czy w nieadekwatnym poczuciu krzywdy. Będzie to wprawdzie praca zaczynana od końca i przyniesie wiele kolejnych napięć, ale może nieco złagodzić gorycz i poczucie krzywdy członków rodziny, a u pacjentów wywołać potrzebę ustalenia porządku w tej trudnej i nadal niezrozumiałej sprawie.
Kiedy sprawy przemocy pojawiają się w programie podstawowym? W czasie terapii w naszym ośrodku ten temat przewija się trzykrotnie:
 przy pisaniu pracy poświęconej destrukcji w życiu rodzinnym spowodowanej przez alkohol;
 przy pisaniu pracy o pogarszających się stosunkach alkoholika z innymi ludźmi;
 podczas wykładu "Przemoc w rodzinie" (przerobionego przeze mnie na seminarium).
Przemoc jest trudnym tematem i uzyskanie jakiegokolwiek wglądu napotyka u pacjentów wiele przeszkód. Nie zamierzam ich teraz wymieniać, zajmę się raczej przedstawieniem metody, która według mnie pozwala na dokonanie jakiejś konfrontacji. Przed przystąpieniem do wykładu o przemocy pytam zebranych - a jest to piąty tydzień terapii - kto z nich był sprawcą przemocy w rodzinie. Padają enigmatyczne odpowiedzi:
"To raczej ja byłam ofiarą", "To były normalne sprzeczki jak w każdej rodzinie", "Nigdy żony nie uderzyłem", "Nie byłem katem dla swoich dzieci".
Rozpoczyna się wykład, podaję definicję przemocy domowej i na twarzach zebranych pojawia się ulga: oni nie byli sprawcami! Jednak po wyjaśnieniu, że przemoc to nie tylko świadome i celowe działanie skierowane przeciwko drugiej bliskiej osobie w celu zdominowania jej, zastraszenia dla osiągnięcia własnych, egoistycznych celów, ale też świadome zaniechanie działania, opieki, tworzenie barier ekonomicznych, manipulowanie rzeczywistością, seksem, systemem kar oraz nagród - teraz więcej osób siedzących w sali terapeutycznej niż na początku spotkania opuszcza ze wstydem oczy.
Jednak następnego dnia, kiedy odbieram od nich zapisane refleksje po wykładzie, najczęściej czytam: "Używałem przemocy psychicznej", "Rozpoznaję u siebie trzy etapy przemocy: narastanie, kulminacja i miesiąc miodowy, ale udawało mi się często zatrzymać ją w pierwszej fazie"; "Po wykładzie stwierdzam, że w mojej rodzinie miała miejsce przemoc, ale najczęściej psychiczna". A więc pacjenci wycofują się, jakby znowu przestawali widzieć i wiedzieć, że dokonywali przemocy.
Tylko tyle możemy zrobić. To mało, ale zawsze więcej, niż gdyby w tej sprawie nie zrobić nic. Czy to zmieni coś na przyszłość w życiu naszych pacjentów? Może trochę uwrażliwi ich na sposób komunikowania się w rodzinie, może wywoła prawdziwy wstyd po ataku furii, może trochę zaswędzi poczuciem winy? Ale czy będą wiedzieli, na jaką pracę powinni być przygotowani? Jakich zmian mają dokonać? Jakie obszary ma objąć ten proces, gdzie ma się realizować: w strukturze psychicznej, w systemie wartości czy tylko na poziomie zachowań? Bo dalej to już praca i wysiłek, który musi kosztować.